czwartek, 25 czerwca 2015

Vardzia po burżujsku (30.09.2014)

Dzwoni budzik. W pierwszej chwili wydaje mi się, że źle go nastawiłyśmy, ale niestety okazuje się, że nie. Jest godzina 6 rano, na dworze wciąż jest ciemno, choć na szczęście przestało padać. Musimy jednak wstać, aby zdążyć na marszrutkę do Akhaltsikhe. Pospiesznie zwijamy więc mokry namiot i po godzinie porannego spaceru przez Park Zdrojowy docieramy punktualnie na przystanek. W Akhaltsikhe z marszrutki przesiadamy się do taxi (z przyczyn od nas niezależnych okazuje się, że na ten moment jest to dla nas najlepszy środek komunikacji). Jak się później dowiemy - taksówki są w Gruzji bardzo popularne i względnie tanie.

Vardzia - skalne miasto, jest miejscem, które każdy wybierając się do Gruzji powinien odwiedzić. Na pewno nie będzie zawiedziony, jak i my nie byłyśmy. Po zwiedzeniu komnat skalnego miasta, spożywamy prowizoryczny obiad przy stacji benzynowej w towarzystwie bezpańskich psów. Z nową energią ruszamy w drogę do Tbilisi. Pierwszy autostop łapiemy po 7min i z sympatycznym panem przemierzamy połowę drogi. Nie zdążamy nawet wypakować naszych plecaków, kiedy zatrzymuje się drugi samochód, którym już bezpośrednio docieramy do celu. Pomimo naszego słabego rosyjskiego, Andre zagadywał nas całą drogę m.in. opowiadając o ostatniej wojnie z 2008r., a także zachwalając nam Gruzinów jako wspaniałych kandydatów na mężów.


W Tbilisi wysiadamy przy McDonaldzie, gdzie spotykamy się z couchsurferem - Alexem, który zgodził się przyjąć nas pod swój dach na trzy dni. W tym samym czasie poznajemy też Katię z Moskwy, która również w ramach couchsurfingu nocuje u Alexa. Nasz gospodarz częstuje nas na kolację gruzińskim chacapuri i pierożkami z mięsem, a także winem domowej roboty. Najedzone, po dniu pełnym wrażeń szybko zasypiamy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz